Przepisy te pochodzą z lat
międzywojennych aż do
1957 r., gdy na stałe opuściłem Międzyrzec Podlaski, wyjeżdżając do
Wrocławia do mojej matki chrzestnej. Do mego rodzinnego domu i miasta
już nie powróciłem, ale zostały mi w pamięci przepisy i
smaki
tamtych lat, których nie mogę zapomnieć. Muszę nadmienić, że
lubiłem przebywać przy mamie, babci czy też u sąsiadów gdy
ktoś
coś gotował. Przyznam, że sam też często zabierałem się do gotowania,
na przykład kiedy mama z tatusiem byli w polu, a ja przychodziłem ze
szkoły gotowałem treściwe zupy dla młodszych sióstr, brata i
mych rodziców, którzy po powrocie z prac polowych
musieli
zrobić obrządek w zagrodzie, nakarmić świnie, krowy i konia, a dopiero
potem mamusia przychodziła do domu i coś robiła dzieciom do jedzenia.
Nieraz bywało, że młodsze rodzeństwo już się pospało. Jakie było
zdziwienie rodziców kiedy na stole czekały na nich talerze
pełne
sycącej, gorącej i treściwej zupy, pierogów czy też innych
dań.
Często z ukrycia widziałem matczyne łzy, to była dla mnie pochwała.
Zaraz po II wojnie światowej, także i
podczas wojny,
w Polsce było bardzo ciężko. Brakowało pieniędzy, pracy, nie wiele też
było w sklepach. Wszystko powstawało z gruzów, panowała
wielka
bieda, dlatego podam kilka dań biedoty z tamtych lat. Dziś może to i
wstydliwe, ale tamte dania były smaczne i pozwalały przeżyć wielu
mieszkańcom Międzyrzeca. Najwięcej biedy było na przednówku,
gdy
bardzo wielu, „dziadów” chodziło po
domach i prosiło
o jedzenie i jałmużnę dla głodujących dzieci i rodzin. Dom moich
rodziców przyjmował takich biednych ludzi. Mamusia nigdy nie
zostawiła biednego w potrzebie, chociaż sama miała nie wiele. Niech jej
Bóg to wynagrodzi.
Potem gotowałem w wojsku na okręcie w
zastępstwie
kowala, którego zrobiono kucharzem. Tak gotowałem
za niego
przez pół roku aż nauczyłem go przyrządzać smaczne posiłki.
Gotowałem też na izbie chorych gdy kucharz trafił do aresztu lub był na
urlopie. Na telefon do dowódcy okrętu dzwonił komandor
szpitala
lub lekarz dyżurny izby chorych na Oksywiu i szedłem na Oksywie, na
izbę chorych by tam gotować. Nieraz inni kucharze z okrętów
przychodzili do mnie i pytali się jak ugotować jakieś danie, po prostu
znali mnie w porcie i na Oksywiu.
Niektóre dania sam
wymyślałem, po prostu
eksperymentowałem, tak dla ciekawości. Dania te będę oznaczał (+). Może
te dania gdzieś się powielają, ale w latach pięćdziesiątych jako 10-13
letni chłopiec nie miałem żadnego pojęcia, że mogły już istnieć jakieś
podobne dania, niektóre wymyśliłem już w wojsku. Pragnę też
nadmienić że pierogi z kaszy gryczanej i inne dania nie zawsze były
robione na co dzień ze względu na to, że trzeba było ją kupić, a jak
się kupiło to przeważnie szła do kaszanki, chyba że ktoś miał własną
kaszę. Takie były czasy. Bardziej rozpowszechniona była kasza jaglana,
manna, perłowa (pęczak), a ze strąkowych fasola Jaś, inne fasole,
groch, soczewica, z kapustnych rzepak na olej - wspaniała rzecz.
Później dam przepis na przygotowanie do jedzenia oleju.
Łopuchy
po wyciśniętym oleju dawało się krowom po ocieleniu aby dawały więcej
siary – mleka, które czasami człowiek podkradał i
robił
nie zapomniane w smaku placki dziś to już wspomnienia tamtej epoki.
Dziś nikt ręcznie nie tłoczy oleju i nie daje wyciśniętego odpadu
ocielonym krowom, dla specyficznego smaku mleka. Takie placki babcia i
mamusia robiła raz na kilka lat w zależności od tego ile było
krów. Siarę - mleko krowie można było brać od
półtora do
dwóch tygodni i to niewielkie ilości ze względu na cielaka.
Tak
oto przybliżyłem Państwu trochę historii tej kulinarnej i zapomnianej z
mego dzieciństwa, a ochoczo podglądałem te rzeczy, które mi
smakowały. Może byłem łakomy na te dobroci czystej natury, dziś już sam
nie wiem.